(z opowiadania mojego ojca Remigiusza Cichockiego)
Odlewnia. Fot. Rodzinne archiwum rodziny dyrektora T. Smulskiego.
Pasłęk, lata 50 XX wieku to w mieszkańcach Pasłęka ciągle żywe obrazy okrucieństw II wojny światowej, ale też marzenia o lepszym życiu. Wszystkiego brakowało. Bieda była powszechna więc różnice społeczne nie były dostrzegalne. Zakład odlewni żeliwa i metali nieżelaznych „Bumar” w Pasłęku był w tym czasie największym zakładem pracy. Zapotrzebowanie na wszystko było tak duże, że nie nadążano z realizacją zamówień dla gdańskich stoczni i przemysłu zbrojeniowego. Większość dorosłych mieszkańców naszego miasta, z wykształceniem czy bez, pierwsze swoje kroki w poszukiwaniu pracy kierowało do Powiatowej Rady Narodowej lub I sekretarza partii. Ci najczęściej dzwonili do odlewni z nakazem stworzenia kolejnego stanowiska pracy. Zjawisko bezrobocia nie istniało. Po wojsku i zawirowaniach roku ’56, młody, wykształcony członek partii musiał zająć stanowisko nierobotnicze.
„-Skierowali mnie do Odlewni, gdzie z miejsca objąłem funkcję personalnego (dzisiaj: kierownik kadr). W pierwszych dniach pracy do pokoju weszła portierka.
-Panie personalny Malik do pana.
– Niech wejdzie.
Człowiek około czterdziestoletni z czapką w ręku lekko utykając podszedł do biurka.
– Jestem Malik. Przyniosłem zwolnienie lekarskie.
– Pan często choruje, towarzyszu Malik. Czy to jakiś uraz z czasów wojny?
Widząc młodego, 25 letniego personalnego, Malik niepewnie zaczął rozmowę.
-A takie tam dzieje. Jeśli pan personalny chce to zapraszam do siebie po pracy. Żona przygotuje obiad może coś wypijemy. Pan tu nowy, więc opowiem o mieście i ludziach, bo widzi Pan ja jestem tutejszy.
-Może kiedyś. Ale możecie być spokojni. Zwolnienie jest w porządku, a ja nie mam zwyczaju podejrzewać, że oszukują. Teraz wracajcie do pracy.
-To zaproszenie jest aktualne, a teraz dziękuję i do widzenia towarzyszu.
W głosie Malika była nuta zadowolenia i swobody. Zaraz po jego wyjściu sięgnąłem po jego teczkę. Był tam jedynie kwestionariusz, w którym sam pracownik wpisał to co uznał za właściwe. Nie było tego tam wiele: gdzie mieszkał, gdzie pracował, co robił w czasie wojny. Z pochodzenia Niemiec, po szkole średniej pracował na lotnisku. W trakcie lotu kontrolnego samolot, którym leciał z Olsztyna do Mławy uległ w czasie lądowania awarii. W wyniku wypadku znalazł się w szpitalu gdzie miał operację. W czasie wojny pracował i do dzisiaj pracuje w pasłęckiej odlewni. Znał zakład i swoją pracę, więc mimo niemieckiego pochodzenia zostawiono go jako fachowca.
Po pracy wróciłem do pokoju mieszkania należącego do kolegi Purzyckiego.
-Ty znasz tego Niemca Malika? Przyszedł dzisiaj do mnie ze zwolnieniem i zaprosił do siebie na obiad.
-Pewnie coś chce. Możesz posłuchać, ale niczego nie obiecuj. Wiesz, że Niemiec to zawsze Niemiec -doradził kolega księgowy.
Następnego dnia po pracy z teczką pod pachą ledwo wyszedłem za bramę, a już z daleka zobaczyłem Malika czekającego po drzewem.
-To co, zapraszam do nas. Żona czeka z obiadem.
-Ale ja nie wiem czy to wypada.
-Pan jest młody, na stanowisku to nie tylko, że wypada ale i trzeba z załogą się poznać. Zapraszam, nie ma się czego obawiać. Mieszkamy blisko, na rogu Nowotki i Stalingradu, ma Pan blisko domu, więc nawet po kielichu łatwo trafić. Idziemy.
Dom rodziny Malik, później siedziba PUK
W domu, poniemieckim jakich wiele w mieście, pani Malik na widok gościa od razu pobiegła do kuchni. Wróciła z wazą zupy. Na stole stały już talerze i karafka z kolorową wódką.
-Panowie sobie siadają i jedzą, a ja idę do kuchni pilnować kotletów. Obiad i kieliszek wódki zawsze poprawiają atmosferę.
Przy stole, opowiedziałem o swojej rodzinnej wsi i to jak znalazłem się w Pasłęku. Stały temat powojennych rozmów w papierosowym dymie i oparach wódki. Malik bardziej pytał niż mówił o sobie. Spotkanie przebiegło w miłej atmosferze.
Kolejne dni były typowe – praca i dom. Po miesiącu Malik znów nie był w pracy. Gdy wrócił od razu skierował się do personalnego, czyli do mnie. Przywitaliśmy się jak starzy znajomi. Znów było zaproszenie na obiad, tym razem przyjęte bez żadnego krygowania się. Domowy obiad dla kawalera to wspomnienie rodzinnego domu. Tym razem przy stole było swobodniej. Malik opowiadał o swoim zdrowiu i matce w Niemczech, która ma zakład i pisze, że jest jej ciężko, że bardzo chce jeszcze zobaczyć syna.
– W czym problem? Spytałem.
-Personalny nie wie, że czasy gdy Niemców wysiedlano minęły. Teraz, póki nadaję się do pracy, to muszę pracować. Jak bym dostał zaświadczenie potwierdzone przez 3 lekarzy o utracie 70% zdrowia to mogę starać się o paszport i prawo wyjazdu do Niemiec. Powiem otwarcie, jak mi załatwicie to zaświadczenie to ten dom przepiszę na was.
Oferta była kusząca, ale nie wiedziałem jak się do tego zabrać. Okazja nadarzyła się dopiero 3 miesiące później. Dyrektor wezwał mnie do siebie.
-Mam informację, że załoga jest niezadowolona, bo jeden z pracowników zawsze przed świętami przynosi zwolnienie lekarskie, a oni muszą za niego pracować. Weźmiecie jego zwolnienia i pójdziecie do przychodni. Niech lekarz potwierdzi, czy je wystawił czy też są podrobione. Aha, jeszcze taka uwaga. Tam pracuje jako pielęgniarka siostra tego od zwolnień, więc zróbcie to dyskretnie.
Przychodnia na ulicy Wojska Polskiego to z odlewni zaledwie 5 minut marszu. Dłużej trzeba było czekać w kolejce. W końcu wszedłem do gabinetu.
-Panie doktorze ja przyszedłem służbowo.
Lekarz zwrócił się do pielęgniarki.
-Dobrze, zostawcie nas samych.
-Mam tutaj zwolnienia lekarskie z pana pieczątką i podpisem wystawione dla jednego z naszych pracowników. Jest podejrzenie, że nie koniecznie wystawiał je pan doktor. Może pan rzucić na nie okiem.
Mieszkanie lekarza
Lekarz z ciekawością zaczął je oglądać.
-Nie muszę zaglądać do karty pacjenta by stwierdzić, że te dwa to nie ja wystawiałem.
-Panie doktorze, czy pan się domyśla kto mógł to zrobić?
-Pan wie i ja wiem.
-To zapewne pan sobie zdaje sprawę, że to jest sprawa dla prokuratora. Nam nie wolno pobłażać takim zachowaniom. Nasz dyrektor …
-Panie personalny, nie wystarczy nagana, albo upomnienie? Zapewniam, że to ostatni raz. To będzie kłopot też dla mnie. Pan przymknie oko a ja za to jakoś się odwdzięczę.
-Hm, no jest taka sprawa, ale nie tutaj. Powiedziałem.
-Zapraszam do siebie do mieszkania.
Tego samego dnia skorzystałem z zaproszenia. Był to dom przy szpitalu miejskim, drugie piętro. Mieszkanie było bardzo czyste i zadbane. Na stole wylądowały dwa kieliszki i karafka wódki. Wyższa kultura. Po dwóch kieliszkach atmosfera była na tyle luźna, że postanowiłem przedstawić sprawę, z którą przyszedłem.
-Widzi pan doktorze, mam znajomego, który prosi mnie o pomoc w załatwieniu zaświadczenia lekarskiego. To Niemiec, który chce wyjechać do swojej rodziny.
-Nie on jeden, ale spróbujemy. Trzeba sobie w tych trudnych czasach pomagać.
Odlewnia. Fot. Rodzinne archiwum rodziny dyrektora T. Smulskiego.
Dwa dni później poszedłem z Malikiem do przychodni. Lekarz kazał mu się rozebrać. Kręcił nogą w lewą i prawą stronę, zginał w kolanie i w stopie. Kiedy pacjent się ubierał oglądał dokumentację medyczną.
-Trzeba będzie zrobić jeszcze kilka rentgenów. Z nimi wyślę pana do ortopedy. Proszę być dobrej myśli.
Malik dalej działał sam. Przychodził do pracy jak gdyby nigdy nic. Do mnie już nie zachodził.
-I jak tam – zagadnąłem go, gdy przypadkowo spotkaliśmy się „na bramie” zakładu.
-Jeszcze jeden podpis, ale to nie wiadomo kiedy. Ale dziękuję za to co pan zrobił. Myślę że dalej dam radę sam.
Czas mijał. Kiedy zorientowałem się, że od dłuższego czasu nie widziałem go w pracy zagadnąłem jego kolegę.
-Co u Malika? Dawno go nie widziałem.
-Wyjeżdża. Nie wiedział pan?
Zaskoczony poszedłem do warsztatu. Malika nie widzieli tam już ze dwa tygodnie. Sprawdziłem teczkę. Nie było żadnego zwolnienia. Po pracy szybko poszedłem do jego domu na Nowotki. Kiedy zapukałem drzwi otworzyła uśmiechnięta pani Malik.
-Jest mąż?
-Jestem -zawołał Malik. Pakujemy się, bo za dwa dni wyjeżdżamy. Miałem jeszcze pana odwiedzić i podziękować, ale przed wyjazdem jest tyle roboty. Niestety -zakłopotany wzrok uciekł gdzieś w bok- ale postawili mi warunek, że muszę się domu zrzec na państwo. Ale może kiedyś się odwdzięczę inaczej.
-Trudno. Zeszło ze mnie napięcie. Zrobiłem się jakiś obojętny. To już kolejne mieszkanie, które przeszło mi obok nosa. Może miałbym z tym domem tylko kłopoty. Kawalerka przy placu Grunwaldzkim, którą miałem niedługo dostać też będzie czymś czego nigdy nie miałem. Za dużo szczęścia naraz to też niedobrze – pomyślałem.
Kilka miesięcy później najlepszy z pracy kolega Malika przyszedł do mnie do pokoju.
-Malik przysłał list. Prosi abym panu podziękował i jeszcze raz przeprosił za ten dom. Tak naprawdę to był on niemieckim pilotem zestrzelonym w okolicach Mławy. Ranny wrócił do rodziny w Pasłęku. Ukrywał swoją historię bo bał się aresztowania. Napisał też, że jeśli znowu będzie wojna i się spotkacie to pana nie zastrzeli.
Nie wiem co chciał mi przez to powiedzieć, ale byłem tak zły, że sobie ze mnie zadrwił, więc postanowiłem nikomu tej historii nie opowiadać.”
Koniec
Mój ojciec odszedł 23 XII 2020, a z nim wiele takich historii.
Archiwalne zdjęcia Bumaru (powszechnie nazywanego „odlewnią”) pochodzą z serwisu Facebook (konto: „Jestem z Pasłęka„) i są pozyskane z rodzinnego archiwum rodziny byłego dyrektora tego zakładu pana T. Smulskiego.
Odlewnia. Fot. Rodzinne archiwum rodziny dyrektora T. Smulskiego.Pochód pierwszomajowy z Odlewni. Fot. Rodzinne archiwum rodziny dyrektora T. Smulskiego.Odlewnia. Fot. Rodzinne archiwum rodziny dyrektora T. Smulskiego.
Autor, Mariusz Szczygieł pokazał mi Czechosłowację jakiej nie znałem, jakiej nie potrafiłbym nawet sobie wyobrazić. Bohaterami narodowymi nie są tutaj Rumcajs ani Krecik. Nie są nimi też Karel Gott i Helena Vondrackova. Dla Czechów bohaterstwem jest przetrwanie w kraju Franza Kafki, autora „Procesu”. Autor książki, reporter, kilka lat zbierał materiały do książki, która od deski do deski jest pasjonująca. Jeśli Ryszard Kapuściński nazywany jest królem reportażu to tą książką Mariusz Szczygieł zgłasza swoje prawa do tronu.
Każdy rozdział to historia znanej w Czechosłowacji postaci na tle otaczającego ją społeczeństwa: Baty – potentata przemysłowego, Lidy Baarovej – pięknej aktorki, Otakara Śveca – rzeźbiarza, autora monumentalnego pomnika Stalina, Marty Kubisovej – piosenkarki, Jaroslavy Moserovej – profesor medycyny. Autor reportażu próbował dotrzeć do osób i dokumentów, i była to praca tytaniczna. Ludzie nie chcieli pamiętać, bali się, chcieli pomóc i chcieli też wstrzymać publikację książki. Siostrzenica Franza Kafki nie chciała rozmawiać, ale po co? Swoim zachowaniem pokazała, że Kafka mógł napisać „Proces” tylko w Czechosłowacji!
„Gottland” został Europejską Książką Roku. Mariusz Szczygieł w przemówieniu powiedział: „Cieszę się, że książka Polaka o Czechach została uznana za książkę Europejczyka o Europie.”
„Fakt wygrał ze zmyśleniem.” (M. Szczygieł)
Uwaga: książka dostępna w Pasłęckiej Bibliotece Publicznej
Fot. Autor nieznany. Kadra Liceum Ogólnokształcącego w Pasłęku (lata 60 XX w.)
„Najważniejsze jest być szczęśliwym.”
WIEDZA
„Wiem, że nic nie wiem,” Sokrates.
Idąc tym tropem można stwierdzić, że człowiek im mniej rozumie tym bardziej jest pewny swojej wiedzy.
W wieku 20 lat mamy już ukształtowane ciało, przypisany typ psychologiczny oraz iloraz inteligencji. Borykać się z nimi będziemy do końca życia. Wiedza, kultura osobista i doświadczenie będą stale się zmieniać. Gdzie ukryta jest nasza głupota? To część naszego „ja”, która mówi nam, że Ziemia jest płaska, koronawirus to ściema, w szczepionkach są chipy, kosmici są wśród nas, a w Smoleńsku KGB dobijało tych, którzy przeżyli katastrofę. Ani dowody, ani fakty, ani autorytety nie mają wpływu na nasze poglądy. Dlaczego? Dlatego, że wszystko co wiemy jest tylko poglądem! Przynajmniej w tych obszarach, w którym nie mamy wiedzy zastępujemy ją poglądami. Co z tego wynika?
Ludzie mają poglądy na temat klimatu: ociepla się, a inni, że się ochładza. Można sprawdzić dane statystyczne odnośnie średnich temperatur rocznych(wysiłek zbyt duży dla większości z nas), ale spór nie zniknie! Dlaczego? Bo roczniki statystyczne mogą być przecież wydawane przez Lożę Masońską! Droga argumentów, logicznego myślenia, powoływania się na prace naukowe, Einsteina czy papieża trafiają w próżnię. I tu jest pies pogrzebany! Trafiają w próżnię, która tam jest!
Szkoła
Mylnie zakładamy, że kończąc edukację posiadamy jakąś wiedzę! Przez chwilę tak, ale po roku niewiele pamiętamy. Wybieramy środowisko, w którym spędzamy życie, i które obdarowuje nas swoimi poglądami.
Dobry kolega, obdarowany przez los niezwykłym wyczuciem rytmu, dobrym słuchem muzycznym, ale bez innych umiejętności. To nie wystarczyło do ukończenie czegoś więcej niż szkoła podstawowa. Któregoś dnia, kiedy byliśmy jeszcze w wieku średnim, zapytał mnie: „O co chodzi z tymi partiami. Czemu jedni głosują na tych a inni na tamtych?” Mimo braku kompetencji, ale pełen dobrych chęci, opowiedziałem o różnicach w poglądach na gospodarkę, politykę zagraniczną, ideologię społeczną itp. Nie wspomniałem tylko, że robią to dla pieniędzy. Słuchał mnie lekko się uśmiechając. Kiedy skończyłem zapytał: „A ty na kogo będziesz głosował?” Odpowiedziałem do kogo jest mi najbliżej a z kim się nie zgadzam prawie we wszystkim. „To ja będę głosował na …” – uśmiechał się widząc moją reakcję pełną oburzenia.
Szkoła wpływa na rozwój szarych komórek, ale nie wypełnia ich wiedzą. Po zakończeniu edukacji wszyscy jesteśmy równi. Życie wystawia oceny inaczej niż nauczyciele w szkole. Hydraulik zdumiewa się głupotą profesora, który nie potrafi sam wymienić syfonu w umywalce. Mechanik samochodowy drwi z nauczycielki chemii, która nie wie o istnieniu filtra paliwa. Większość z nas wierzy fachowcom, którzy skończyli zawodówkę i pewnością siebie większą niż politycy kandydujący na prezydenta, przekonują nas abyśmy im zaufali (oglądaliście program „Usterka”?). Dlaczego są tak przekonywujący? Bo oni wierzą w to co mówią! Nie ważne jakie plotą głupoty! Robią to z zapałem, więc muszą mieć rację! Skoro lekarz nie zna się na kładzeniu płytek w łazience to jak może być autorytetem dla fachowca od ceramiki? Co innego aktor, który grał chyba już wszystkie role i teraz mówi, że wirus to ściema, to jak mu nie wierzyć?
Fot. Najlepszy pasłęcki szachista p. Daniszkowicz (ponad 80 lat) na jednym z szachowych turniejów
ILORAZ INTELIGENCJI IQ
„Dopóki nie było internetu nie wiedziałem, że tylu idiotów jest na świecie” przypisane dla S. Lem
To niesprawiedliwe. Według medycznej definicji : „idiota – człowiek o IQ mieszczącym się w przedziale 0—35, upośledzony umysłowo w stopniu ciężkim, osiągający poziom umysłowy sześciolatka.” Wynika z tego, że rodzimy się idiotami i stan ten trwa, u wszystkich, do około 6 roku życia. Potem założenie jest takie, że dzięki życiu w społeczeństwie rozwijamy się przynajmniej do poziomu IQ równego 100. Jeszcze przedział od 69 od 99 uznawany jest za normalność tyle, że oznacza to zatrzymanie się w rozwoju na poziomie powyżej 12 latka, ale poniżej oczekiwanego ilorazu równego 100. Weźmy książki do szóstej klasy szkoły podstawowej. Przeczytajmy je i przystąpmy do klasówek. Kto nie zda, ten nie bierze udziału w wyborach (jakichkolwiek). Otaczamy go szczególną troską cechującą wysokie cywilizacje. Pomysł ten jest nie do zrealizowania, gdyż większość absolutna ludzi mieści się w IQ poniżej 100.
Nie ma takich wyrazów jak pandemia, koronawirus, Wuhan… Są wyrazy: zaraza, grypa i sport. Grypa była zawsze i będzie zawsze. Koniec rozumowania. Wszystko ponadto to spisek, który ma zmusić ludzi do zaszczepienia się szczepionkami, w których są chipy kontrolujące ludzkie mózgi poprzez sieć 5G.
Według jednych badań mediana IQ Polaków wynosi 95, ale są i takie, które twierdzą, że jest to 80. Co to znaczy? Znaczy to, że połowa dorosłych ma IQ wyższe lub równe niż 80 a druga połowa niższe lub równe 80.
Uprawnionych do głosowania jest „trochę” ponad 30 milionów. 15 milionów ma iloraz inteligencji na pewno niższy od oczekiwanego. W pozostałych 15 milionach są ludzie lekko niedorozwinięci (ale normalni), przeciętni, dobrzy, wybitni i geniusze. W Internecie są wszyscy.
Skąd w ludziach tyle głupoty? Rodzimy się głupi i niektórzy z nas tacy zostają. Głupota w przyrodzie jest czymś naturalnym. Raczej należy pytać: dlaczego niektórzy ludzie są mądrzy? Oczywiście w sensie filozoficzno-naukowym, a nie religijnym (wyraz „mądrość” definiowane jest w dwojaki sposób).
Wykres nr 1. Tworząc skalę ilorazu przyjęto, że mediana IQ dla społeczeństwa powinien wynosić 100.
Wykres nr 2. Według najbardziej pesymistycznych, ze znanych mi publikacji, wyników badań mediana ilorazu IQ w Polsce wynosi 80 (w powyższej skali).
Co z powyższego wynika?
Nie mając wystarczającej wiedzy posiłkujemy się inteligencją nakazującą nam szukania autorytetu, którego wiedzę uznamy za „własną”. Wiedza bez inteligencji sprawia, że nie potrafimy z niej skorzystać, gdyż łatwo jest zasiać w nas wątpliwości. Nie mając ani wiedzy, ani inteligencji możemy jedynie przyłączyć się do jakiejś grupy, która powie nam jak mamy myśleć.
Bełkot pseudonaukowy (http://nonsensopedia.wikia.com)- metoda opisywania rzeczywistości, stosująca pozornie bezsensowne nagromadzenie trudnych słów, albo bezsensownych w swej istocie. Dobra sztuczka, pozwalająca „zaczarować słuchaczy”.
Taka definicja jest sama w sobie bardzo prostacka, ale przytoczyłem ją w całości. Bełkot pseudonaukowy występuje przynajmniej w dwóch formach. Pierwsza, gdy mówiący świadomie stara się przedstawić w roli autorytetu w jakiejś dziedzinie lub starając się dowieść swoich racji, używa trudnych słów (czytaj: rzadko używanych i powszechnie nie rozumianych), które w swej treści tak na prawdę niczego nie dowodzą. Druga forma służy jedynie wywołaniu zdziwienia, konsternacji lub rozbawieniu słuchaczy. Temu też, mam nadzieję, będą służyły niżej przytoczone przykłady.
Empirycznie, paradoksalnie i parekselans. (Motorniczy Karol Krawczyk)
Jestem nonkonformistą – swój niezłomny ascetyzm zwalczam konsekwentnym hedonizmem.
W aspekcie stosunków bilateralnych ten fakt należy ocenić ambiwalentnie.
Masz urojenia adekwatności. (parafraza tekstu Waltera Kerr)
Używasz statystyk jak pijany facet latarni. Raczej dla wsparcia niż rozjaśnienia.
Ekshibicjonizujesz się swoją moralną degrengoladą.
Indolencja intelektualna, czyli twój wysoce niski iloraz inteligencji i niezdolność do sensownego formułowania zdań zniechęcają mnie to dalszej konwersacji z tobą.
W wyniku dedukcji dochodzę do konkluzji, że twoje indokryzmy wobec mojej aparycji są wręcz efemeryczne.
Czy mógłbyś skwantyfikować swój algorytm, byśmy w dalszej konwersacji mogli uniknąć redundancji niewiadomych.
Patrząc przez globalny pryzmat przemian twój szowinizm komplementarnie wpisuje w nacjonalistyczne hasła populistów.
Abstrahując od altruistycznych antyszowinizmów i metafizycznego biotyzmu konkluduje iż Twój wywód był niezmiernie sugestywny.
Piedestałem powyższego założenia jest, bądź co bądź, archaiczna metodyka współśrodkowości. Zatem idea ta, nawiązuje do inkoherentnej paraleli i wyalienowana jest z wątku lokalnego, o którym wcześniej wspominałem.
Egzemplifikując i respektując regulację artykułu 23 ustawy z dnia 23 kwietnia 1964 Kodeks Cywilny (Dz.U Nr 16,poz 93 z późniejszymi zmianami Kodeksu Cywilnego RP) uprzejmie potwierdzam twoje predystynacje.
Biorąc pod uwagę wizualny aspekt tego zagadnienia, jest ono specyficzne w swojej strukturze obiektywnej.
No bo jeżeli ktoś komuś coś, a nikt nikomu nic, to po cóż i na cóż. A co się tyczy względem tego to i owszem, gdyż z punktu patrzenia na punkt widzenia, kwintesencja omawianego zagadnienia jest nam bardzo dobrze znana. Lecz jeśli o mnie chodzi, to nie wiem o co chodzi.
Nie będę z Tobą konwersować, ponieważ egzystujesz w brodziku intelektualnym, co koliduje z moimi imperatywami, a poza tym nie rozumiesz koncepcji założeń.
Twoje zachowanie jest analogicznie adekwatne do sytuacji, w której jesteś zlokalizowany. Konkludując, twa dobroć jest pokłosiem wziętości, zaś złość, konsekwencją porażki.
Teraz krótki monolog.
Patrząc przez pryzmat suchej oceny, muszę stwierdzić, że indolencja intelektualna jaką przejawiasz swym bytem nie obliguje mnie do analizy merytorycznej twojej pseudoanalizy. Masz rację w strukturze mezomerycznej, a twój wywód był niezmiernie sugestywny. Bądź co bądź, archaiczna metodyka współśrodkowości, nawiązująca do inkoherentnej paraleli, wyalienowana jest z wątku lokalnego. I tu się właśnie mylisz, gdyż wertykalny suplement twojego prakseologicznego pragmatyzmu retrospektywnego jest astralnie nieakceptowalny. Reasumując, w aspekcie stosunków bilateralnych ten fakt oceniam ambiwalentnie.
Total War. Rome. Zniszczyć Kartaginę (David Gibbins)
Przeczytałem tę książkę w bólach. Piszę o niej, gdyż w serwisie księgarni Empik autor opisu najwyraźniej przeczytał jej streszczenie lub nie wszystko do niego dotarło. Kartagina nie stała na drodze do nieograniczonej ekspansji Rzymu, jak napisano w opisie. Książka nie jest również wzorowana na grze komputerowej (opis w innej recenzji). Rzymianie, w II wieku przed naszą erą, nie byli w ogóle zainteresowani ekspansją, takie jest przynajmniej przesłanie zawarte w powieści. To Kartagina dążyła do zdominowania handlu i zagrażała militarnie Rzymowi, który swoją ekspansję zamierzał zakończyć podbojem Grecji. Autor opisuje znaczenie przypadku i rolę pojedynczych ludzi w kreowaniu rzeczywistości. Gdyby nie było Kartaginy to nie byłoby też wielkiego Rzymu. Tak rozumiem autora, kogoś kto lata spędził na poznaniu świata, który wieki temu przeminął. Wodzowie tak wielcy jak Scypion zostali zapomniani mimo, że to oni utorowali drogę dla Juliusza Cezara i Oktawiana Augusta.
Nie polecam tej książki czytelnikom zwracającym szczególną uwagę na styl pisarski autora. Odnoszę wrażenie, jakby uczestniczył on w wydarzeniach powieści, ale spisał je gdy był już stary i nie wszystko dobrze pamiętał. Dzieje się tak, gdyż David Gibbins z zawodu jest archeologiem. Brał udział w badaniach odkrytych śladów starożytnej Kartaginy. Do tego jest pasjonatem historii tamtego okresu. Kiedy dotarł do skromnych zapisków o rzymskim wodzu Scypionie Emilianie Afrykańskim, który ostatecznie dokonał zniszczenia Kartaginy, uczynił go główną postacią swojej powieści.
„Rome” to powieść należąca do gatunku fikcji historycznych. Czasami świetny pisarz poznaje jakąś historię i pisze książkę stylistycznie świetną, ale mijającą się często z faktami. Innym razem, zawodowy historyk pragnie przebić się ze swoją pasją do szerokiego grona czytelników i zamyka w powieści swoją wiedzę łącząc ją z wymyślonymi historiami. David Gibbins to nie Umberto Eco, autor „Imienia róży”.
Z początku zbyt wiele postaci sprawia, że łatwo jest się zgubić w gąszczu imion, gdzie każdy bohater ma kilka imion, które dziedziczy po dziadku, ojcu, albo swoim patronie, którzy też występują na kartach tej książki. Nie lubię też, gdy akcja książki nie jest płynna. Historia dzieje się w okresie kilku miesięcy by w kolejnym rozdziale przeskoczyć kilka lat do przodu, a w kolejnym kilkanaście, dalej ponownie o kilka lat by nagle się skończyć bez zamknięcia kilku wątków. Prawdę powiedziawszy tych bocznych wątków to praktycznie nie ma. Miłość głównego bohatera do Julii, której owocem był wielki Juliusz Cezar, rozgrywa się na kartach jednego rozdziału. W dalszej części powieści jest jedynie osnową do rywalizacji z innym rzymskim wodzem Metellusem, mężem Julii. Na końcu książki autor, i to jest akurat szczególnie interesujące, opisuje co w książce opierało się na faktach a co było fikcją. Jest to o tyle ważne, by nie wpaść w przeświadczenie, że poznaliśmy wczesną historię Rzymu. Tak mogło być, ale raczej tak nie było! Jak stwierdził autor, za mało pozostało źródeł pisanych z tamtych czasów.
Wartością książki jest wiedza historyczna i ciekawy rys psychologiczny (skromny, ale zawsze) głównej postaci powieści Scypiona Emiliana Afrykańskiego. Najpierw poznajemy nastoletniego chłopca, bohatera bitwy z Macedończykami pod Pydną. Jest on wzorem cnót Rzymianina. Jakich? Nie chcielibyście mieć dzieci z takimi cnotami! Nie pije, nie ugania się za prostytutkami, ale kształci się na dobrego dowódcę ćwicząc na niewolnikach różne techniki wbijania i sprawnego wyciągania gladiusa (miecz rzymski) z ich ciał. Nie ma litości dla zdrajców. Bohaterskich wrogów też zabija, ale już bez okrucieństwa. Od dziecka owładnięty jest spełnieniem swojego, jak uważa, przeznaczenia którym jest podbój Kartaginy. Jego zrozumienie potrzeb swoich dzielnych żołnierzy polega na pozwalaniu dokonywania rzezi na ludności podbitego miasta. Żołnierze za to go kochają, gdyż gwarantuje on im wojenne łupy i zaspokojenie żądzy krwi. Autor książki jest pasjonatem militariów. Nie tylko kolekcjonuje ale również ćwiczy używanie dawnych rodzajów broni. Jego opisy są więc bardzo szczegółowe, kiedy wyjaśnia techniki jakich używano zabijając wrogów w zależności od stosowanej broni. To też jest wartość wiedzy historycznej! Okrucieństwo tamtych czasów przewyższa każde jakie znajdujemy choćby w historii XX wieku. Różnica polega w skali. Mordując całe, duże miasto zabijano kilka tysięcy kobiet, dzieci, starców i mężczyzn, którzy byli tacy sami jak ich oprawcy.
Wszyscy znamy wynik wojen pomiędzy Rzymem i Kartaginą. Nie zdradziłem więc niczego co stanowiłoby źródło zaciekawienia tą książką. Polecam ją tym, którzy chcą poznać nasze korzenie: moralność, z której wywodzi się nasza moralność oraz źródło kultury zachodniej cywilizacji. Docenimy wtedy postęp jakiego dokonała ludzkość na przestrzenie dwóch tysięcy lat. Czy jesteśmy w pół drogi, dalej czy bliżej? Czytając powieści, jednym ze stałych pytań jest to czy chciałbym żyć w tamtych czasach czy nie? W tej książce wolałbym żyć daleko od wielkiej historii Rzymu. Jak będę miał możliwość to wybiorę inną epokę.
Autor książki: David Gibbins
Główni bohaterowie:
Scypion – Publisz Kornelisz Scypion Emilian Afrykański
Emiliusz Paulus – Lucjusz Emiliusz Paulus Macedoński (ojciec Scypiona)
Fabiusz – Fabiusz Petroniusz Sekundus (przyjaciel Scypiona)
Metellus – Kwintusz Cecyliusz Metellus Macedoński (wróg Scypion, mąż Julii)
Petreusz – Gnejusz Petreus Atynus (nauczyciel sztuki wojennej Scypiona)
Polibiusz – grecki nauczyciel Scypiona, dowódca, autor „Dziejów” (przyjaciel i doradca Scypiona)
Mój kot, a dokładniej kotka, ma zapas żwirku na dwa tygodnie. A może to ja mam zapas? Kota przecież nie interesuje gdzie będzie załatwiał swoje potrzeby! Na tyle czasu powinno też jej wystarczyć pełnej gamy smaków Whiskas’a w galaretce. Wiadomo, dobrowolna kwarantanna oznacza mniej wizyt w sklepie. Lubi dobrze zjeść, ale ma tendencje do tycia, więc do miski nakładam tyle jedzenia ile sam uznam za stosowne. Lubi też aby jedzenie nie powtarzało się zbyt często. Daję jej na przemian kurczaka, indyka kaczkę, wołowinę i tuńczyka. To za mało! Ona chce smakować karmy od różnych producentów. Skończyło się to wypadaniem sierści i ostentacyjnym zwracaniem „smakołyków” i to tak aby wszyscy widzieli jak cierpi. Podobno kot, kiedy czuje, że jego czas życia dobiega końca to szuka samotności, albo, jak ktoś woli, miejsca gdzie nikt nie zacznie go zjadać zanim wyzionie ducha. Ze zwracaniem jest jak widać na odwrót. Kota nie obchodzi, że wypada mu sierść, że swoim zwracaniem budzi odrazę. On chce jeść pysznie bez względu na konsekwencje! Ale jestem ja. Dbam o kota zgodnie ze swoją wiedzą i doświadczeniem.
Koronawirus szaleje i zbiera żniwo.
Dzisiaj zadzwonił do mnie ojciec z informacją, że nie jest zarażony, i że śmiało mogę go odwiedzić bo ma dla mnie listę zakupów potrzebnych do pracy w ogrodzie Nie wiem, czy jestem zarażony? Minąłem kolegę, który właśnie przyjechał z dużego miasta i w twarz mi powiedział „cześć”. Mijam mnóstwo znajomych, którzy mówią „dzień dobry”, „cześć”, albo „co słychać”. Robię raz w tygodniu zakupy, odwiedzam teściową potrzebującą codziennie pomocy, dla której realizuję w aptece recepty … Zakładam, że nie spotkałem nikogo zarażonego, ale pewności nie mam. Są ludzie, którzy wysyłając co tydzień totolotka są więcej niż przekonani, że tym razem wygrają! Ja do nich nie należę.
O czym pisać? O odwadze czy głupocie?
Meduzy nie mają mózgu, serca, kości ani oczu. Niektóre meduzy są nieśmiertelne. Turritopsis nutricula zyskała przydomek „nieśmiertelna meduza” za to, że w stresujących momentach ma zdolność podróżowania do fazy wczesnej, czyli polipa.
Zrobiło się ciepło. Mój ojciec od miesięcy czekał na wiosnę, ale z racji swoich 89 lat potrzebuje pomocy. Przyszedłem do ogrodu kilkadziesiąt minut przed czasem. Była tam już moja siostra, mama no i ojciec. Wszyscy poprawiali folię pod którą jak co roku powinny wyrosnąć pomidory i ogórki. Druga siostra poszła kupić dodatkowy kawałek folii, aby załatać zimowe dziury. Byłem w maseczce. Nikt nie skomentował mojej ostrożności. Pracowałem z ojcem tylko kilkanaście minut. Siostra z mamą w innej części ogrodu rozmawiały wygodnie siedząc na ławce. Kiedy wychodziłem siostra rzuciła ni stąd ni zowąd, że wczoraj miała gorączkę i katar ale już przeszło! Może to było nawiązanie do mojej maseczki?
W latach 90 byliśmy na granicy dużych zmian kulturowych.
Pogrzeb. Rozmawiają pracownice pasłęckiego banku. „Zobacz, ona jedyna w naszym pokoju nie paliła, a umarła na raka płuc”.
Pamiętam. Wpłynęły oferty na budowę oczyszczalni ścieków. Zaproponowałem na piśmie, aby w urzędzie wprowadzić zakaz palenia. To „dziwactwo” nie przeszło, ku radości demokratycznej większości. Pierwsi właściciele psów zaczęli sprzątać po swoich pupilach trawnikowe nieczystości. Pamiętam ten społeczny bunt wśród całego intelektualnego przekroju pasłęckiego społeczeństwa. Zachodnia kultura była nam obca i dla wielu niepotrzebna. Dzisiaj ludzie są tacy sami. Unia „każe” nam oddychać czystym powietrzem, a WHO nakładać, w czasie epidemii, maseczki.
Do czasu wybuchu II wojny światowej wśród warstw arystokracji i inteligencji królowała kultura wyższa: teatr, opera, filharmonia. Odwiedzano muzea. Rozmawiano o sztuce i literaturze. Ale to były nudy! Ludzie prości i biedni mieli potańcówki na powietrzu, kina i jarmarki. A dzisiaj? Nadal dzielimy kulturę na wyższą i niższą, ale ludzie nie należą już do żadnej warstwy. Sami decydują jak przeżyć swoje życie.
Gdyby tak zlikwidować zakaz wychodzenia z domów bez sensu i celu ?!
Przeżyją tylko odporni. Zbudują drugą Amerykę albo Koreę Północną. Może pod groźbą kryzysu ekonomicznego rządy krajów zdecydują się na to ryzyko?
Wszystkie turnieje sportowe, w tym Mistrzostwa Europy w piłce nożnej, Igrzyska Olimpijskie w Japonii, zostały odwołane lub przeniesione na inny, odległy termin. Niektórzy psychologowie rodzinni głoszą teorię, wedle której długotrwałe przebywanie w gronie rodzinnym stanie się przyczyną wielu rozwodów. Ja nie narzekam. Żona uczy mnie szydełkować. Oglądamy razem na okrągło „Świat według Kiepskich”, który już nas nie śmieszy. Jest to raczej zbiór życiowych mądrości, program historyczno-naukowy, wiedza o społeczeństwie. Dzieci stale się kłócą, ale ich rozwody nie dotyczą. Po za tym chyba to lubią. Odczuwam w sobie narastające z każdym dniem napięcie. Obym nie zamienił się w kobietę!
Kot jest cały czas taki sam. Nie wie co to polowanie na myszy. Dziwi się, że ciągle jesteśmy w domu i nie dajemy mu spać. Za tyle głaskania i drapania za uszami, jak zapewne uważa, powinien dostawać, zamiast karmy z puszek, żywe, żółte kurczaki i małe, śliczne kaczuszki. Wiem o tym, ale świat jeszcze na tyle nie cofnął się w rozwoju, abym kota karmił tak jak to jeszcze bywało na polskiej wsi 30 lat temu.
Zdziczały pies łańcuchowy ujadał cały czas jaki byłem na podwórzu u jednego z gospodarzy w Starych Kusach. Gospodarz idąc w moją stronę niósł na rękach chorą, mała owieczkę, którą rzucił psu. Pies nie zagryzł jej od razu. Zrobił to kiedy odjeżdżałem. Mój kot owcy by nie zagryzł. To już domowe, rozpieszczone zwierzę, które jest coraz bardziej podobne do człowieka i to takiego w rodzaju przedwojennego arystokraty. Kot czyta co piszę i zwraca mi, swym wymownym spojrzeniem, uwagę, że nie jest kotem. „Mille pardons!„, to kotka, więc powinienem napisać, że jest podobna do przedwojennej damy. Różnica jest tylko taka, że moja kotka chętnie jednak by coś zagryzła!
Kiedy przychodzi upalne lato zazdroszczę tym, którzy wyjechali do Szwecji. Teraz zimą, jeśli narzekam to raczej już tylko na to, że noc przychodzi za szybko. W każdym miejscu jest inny klimat, ale inne jest też wszystko inne. Mamy pandemię. Każdy kraj wydaje takie same lub podobne zarządzenia, ale efekt ich działania nie jest taki sam. Przyjście lata może zdziała więcej. Póki co nie myślmy o jesieni bo przecież przed nami jeszcze najpiękniejsza pora roku – wiosna.
Faza pierwsza. Wirus tylko w telewizji.
Chińczycy przed i po. Fot. Internet
Dookoła mnie są sami bohaterowie. Kiedy, zgodnie z zaleceniem, nie podaję sąsiadowi ręki ten wybucha radosnym śmiechem. On się nie boi. No tak, bo kto widział wirusa? A poza tym do Pasłęka wirus nie przyjedzie. Nie bo nie. Mediana ilorazu inteligencji Polaków wynosząca 98, zdaniem jednej z pań piszących doktorat, jest zawyżona. Też tak uważam. Ale nie w tym problem, gdyż ludzie od tysięcy lat na całym globie, wbrew temu co mówi angielska arystokracja, medianą inteligencji się nie różnią. Idzie o kulturę i obyczaje.
Z okazji dnia kobiet pan, który teraz ma kwarantannę, w jednej z pasłęckich instytucji z pękiem tulipanów chodzi po pokojach składając najserdeczniejsze życzenia. Niektóre miały to szczęście, że zostały wyściskane i wycałowane po miejscach nie budzących zazdrości u mężów i narzeczonych. Taki obyczaj.
Wczoraj w aptece nałożyłem maseczkę. Kupiłem ją kilka lat temu na fali odkrycia w Pasłęku smogu, którego oficjalnie nie ma bo nie ma czujek do jego mierzenia (teraz jest ale w miejscu „bardzo bezpiecznym”). Zdziwienie? Konsternacja? Przełknąłem ślinę braku zrozumienia. Kiedy przyszła moja kolej zakupów pani farmaceutka spytała o to gdzie kupiłem taką maseczkę? Ona, pozbawiona ochronnej szyby przed klientami o wątpliwej przeszłości (niektórzy właśnie wrócili z zagranicy i czują się nieswojo), też by taką maseczkę chciała chociaż nie wie czy miałaby odwagę w niej obsługiwać kupujących. Nawet jeśli by chciała to pewnie szef na to nie zezwoli, by nie wprowadzać elementu paniki.
W sklepie typu supermarket wrzuciłem do wózka pudło pełne mleka w kartonach. Nie chcę jak zawsze codziennie kupować mleka i kukurydzianych płatków, które dla moich dzieci są ważniejsze od ziemniaków z kotletem, zupy pomidorowej, gulaszu z ryżem … Nie chcę narażać siebie i innych codziennie spacerując alejkami supermarketu. Jedna wizyta na trzy dni wystarczy, a jak będzie obowiązek to jedna na tydzień, a jak będzie konieczność to będziemy jedli to co upolujemy.
Faza druga. Pierwsze kwarantanny.
Zamknięte szkoły, brak środków dezynfekujących w sklepach, namiot medyczny przy szpitalu. W takiej scenerii każdy kaszlący jest podejrzany. Trzeba też zrobić większe zakupy, ale co kupić? Padają pierwsze nazwiska tych, których objęła kwarantanna. Jest dentystka, jest pan składający kobietom życzenia z okazji ich święta, kilka osób, które wróciły z pracy na zachodzie. Ich dane nie są podawane do publicznej wiadomości. Urząd Miejski apeluje o ograniczenia wizyt w urzędzie oraz zamyka Pasłęcki Ośrodek Kultury i Bibliotekę. Trwa oczekiwanie na wynik testu objętych kwarantanną.
Przed chwilą zadzwonił telefon. Miła pani zaoferowała robot albo środki do dezynfekcji, zapraszając jednocześnie na spotkanie w środę do restauracji Boston na prezentację czegoś tam (moje IQ odcina dużą część docierających do mnie informacji). Obiecała, że nie przywiezie koronawirusa. Jak obiecała to zapewne słowa dotrzyma. Nie ma podstaw aby jej nie wierzyć.
Młodzież ma wolne. Oni nie są w grupie zwiększonego ryzyka, a babcie czekają na odwiedziny. Co robić? Młodzież jest odważna i kocha swoje babcie, a miłość jest najważniejsza.
Biskup diecezji elbląskiej, nawiązując do oświadczenia Konferencji Episkopatu Polski, wydał komunikat (http://diecezja.elblag.pl/home/show/wskazania-biskupa-elblaskiego-w-zwiazku-z-zagroeniem-koronawirusem/). Grzechem nie będzie absencja na niedzielnej mszy świętej. Czy w takim razie czy ktoś przyjdzie na mszę, skoro jest napisane: „Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego” (Ewangelia wg. św. Mateusza). No cóż, mam filozoficzno-religijny dylemat: czy teraz przyjście na mszę nie będzie grzechem? Jeśli przyjdą tylko ci, którzy zgodnie z komunikatem nie boją się zarażenia kornawirusem, to ich prawo, ale jeśli po mszy zarażą tych co się boją?
Faza III. Pierwsi zarażeni (jeszcze przed nami)
Nie wiem co będę czuł i jak zmieni się moje zachowanie. Czy przypominać wszystkim dookoła jak się zachowywali, co mówili? Może ich zachowanie się nie zmieni? Czy zmieni się obyczajowość społeczeństwa? Jak zmieni się kultura każdego z nas indywidualnie?
Plan jest taki, aby coś robić. Fot. Pixabay
Niedługo poznamy odpowiedzi, które jednak raczej niczego nie zmienią. No może tradycją stanie się butelka spirytusu w każdym domu i o kilka procent wzrośnie liczba mężczyzn myjących ręce po wyjściu z toalety. Kiedy pomyślę, że witałem się z każdym kto wyciągał rękę to widzę jaki byłem kulturalny i zarazem odważny (podobno w Polsce po wyjściu z toalety tylko 37% mężczyzn myje ręce ?!) 🙂
Afryka
W Afryce jest gorąco, susza, muchy tse-tse, kłusownictwo, od czasu do czasu ebola, a na co dzień HIV. Taki obraz mam z programów informacyjnych. Częściej oglądam programy przyrodnicze. W nich Afryka jest pełna lwów, krokodyli i nieujarzmionej przyrody. Jeśli prawda leży po środku to ja chcę zamieszkać na Madagaskarze. Temperatury w ciągu roku wahają się od 15 do 25 stopni Celsjusza. Brak drapieżników i urzędowy język francuski sprawiają, że na stare lata chce mi się uczyć tego pięknego języka. Nie chciałbym wyjeżdżać sam. Po koronawirusie przed innym wirusem koniecznie będę musiał znaleźć kilku emerytów i bezrobotnych, którzy razem ze mną opuszczą tutejszy klimat. Razem będziemy tęsknili i wspominali tylko to co było dobre. O moich planach żona dowie się, jeśli przeczyta ten tekst. Jak zareaguje? Myślę, że się ucieszy i tylko spyta: „po co czekać do emerytury?”
A tak będę wspominał Pasłęk. Fot. PixabayTak będę robił na Madagaskarze zakupy. Fot. Pixabay
Kiedyś małe sklepy były duże. Przynajmniej nie były za małe. Brakowało w nich cukru i pomarańczy, ale niewypakowany jeszcze z Żuka towar, był już sprzedany. Długa kolejka pełna młodych i starych, nawet przy ograniczonej możliwości zakupu cytryn, kawy, czekolad, Sportów (były takie papierosy) czy też innych tzw. luksusowych produktów, i tak dawała pewność, że w sklepie towaru dla wszystkich z kolejki nie wystarczy. Dwa największe sklepy w Pasłęku minionej epoki socrealizmu to: „Stodoła”, nazywana tak potocznie ze względu na swój ogrom nieproporcjonalny do wielkości dostaw, przy Bankowej oraz jeszcze większy Wiejski Dom Handlowy „Plon” przy ulicy Ogrodowej (dzisiaj „Biedronka”). Lata 90 to otwarte na Zachód granice, przez które przyszli biznesmeni zaczęli przywozić niewyobrażalne ilości towarów, których nieliczne sklepy ani rynek nie były w stanie pomieścić. Pasłęk nie miał, tak jak nie ma i dzisiaj, miejskiego architekta. Miał za to technika architektury z uprawnieniami do projektowania budowli parterowych. I właśnie dlatego dzisiaj Pasłęk pełen jest parterowych, małych: sklepików spożywczych, kwiaciarni, warzywniaków, cukierni … , czyli takich zwyczajnie brzydkich budek.
XXI wiek przyniósł nam dwie Biedronki, Netto, Lidla, Polo Market i jak na ten moment, kolejny tajemniczy market w budowie. Dlaczego te małe sklepy, z minionej 30 lat temu epoki, przetrwały? Ceny w nich wyższe, wybór mały, a do tego ciasno jak w sklepie z porcelaną.
Moi rodzice kupują ten konkretny chleb i to masło, które nie jest masłem ale poznać je można po opakowaniu, herbatę która nie jest herbatą … Problem jest wtedy, gdy z powodu lat i chorób nie mogą zakupów zrobić sami i mam zrobić je ja. Początki były pełne zdziwienia. Co ja kupiłem? Kupiłem masło. Tak, ale ojciec nie może jeść takiego masła bo jest za tłuste, tylko masło bez tłuszczu (?!). No tak. Przecież jedyna słuszna epoka nie miała stacji benzynowych ale CPN-y, nie buty sportowe ale adidasy, a masłem było każde smarowidło.
Kiedyś, w kolejce studenckiej stołówki, kucharka stojąca za ladą z chochlą w ręku zapytała: „Słucham”.
Kolega zdziwiony pytaniem od kucharki z chochlą stojącą nad garnkami typu kotły, szybko uznał pytanie za przejaw kultury wyższej i odpowiedział: „Zupę poproszę”.
Kucharka podenerwowana wstrzymywaniem kolejki: „Ale jaką?”
Kolega skrajnie zdziwiony: „Jak to jaką? Normalną!”
Kucharka: „Jest pomidorowa i ogórkowa”.
Kolega zaskoczony sytuacją, w której jeszcze nigdy nie był: „To ja mam wybór?”
(Przy okazji: Witas ile to już lat się nie widzieliśmy? Pamiętasz stołówkę w Radomiu?”)
Znów jest dzisiaj, ale w pasłęckim sklepie przy Bankowej (dawniej był to SAM, czyli sklep samoobsługowy) nie jest tak jak w latach siedemdziesiątych ale nie jest też to wiek XXI. Przede mną trzy osoby: starszy pan, starsza pani i pani nie tylko starsza ale widać, że też ciężko chora. Jestem wyrozumiały, cierpliwy i współczujący, i dlatego udaję, że „śpię”. Starszy Pan prosi o pieprz, który leży za nim. Sprzedawczyni wychodzi zza lady by podać mu pieprz, który leży na wyciągnięcie jego ręki. Jeszcze kilka produktów i pięć minut z hakiem minęło. Starsza Pani powiedziała co chce i sprzedawczyni, ku mojemu zaskoczeniu a radości starszej pani przyniosła nie to co ja myślałem, że przyniesie. I tak być powinno! Mówię jedno, myślę drugie a sprzedawca daje mi to co chcę. Kolej na starszą panią z laską, której trudno wymówić pozornie proste wyrazy, co najwyraźniej ją krępuje. Dlaczego zdziwiło mnie to, że chce kupić lody? Choć trochę przyjemności powinien codziennie zaznać każdy. To oczywiste, a ja byłem zaskoczony. Lody są w lodówce na końcu sklepu. Sprzedawczyni ich nie przyniesie bo wybór jest duży, więc starsza pani z laską musi podejść, aby wybrać smak, który jej w duszy gra. Nieładnie jest pisać, że trwało to wieki. Nieładnie jest opisywać trudność sprzedawczyni w zrozumieniu innych zamówień starszej pani z laską, ale trochę pokazując ręką, kilka trafień w ciemno i siatka była pełna. Minęły trzy wieki. Moja kolej. Kupiłem chleb jaki zawsze kupuje mama i jedyny słuszny gatunek jabłek. Brak wyboru czasami jest lepszy.
W Lidlu jest fajna muzyka, duże przestrzenie między regałami, ciekawy, egzotyczny towar opisany w kilku językach, ale też pośpiech przy kasie by nie blokować kolejki. I jak tu żyć, kiedy wszyscy się spieszą, kiedy trudno samemu znaleźć to czego się szuka, a dookoła wszyscy chcą pomóc nie tak jak byśmy tego chcieli, ale po swojemu? Małe sklepy muszą zostać! Nie posłuchamy w nich świąteczno-zakupowych melodii. Nie znajdziemy tam regałów ze zdrową żywnością. Towar jest za to droższy, czasem przeterminowany, ale wtedy w niższej cenie. Są też sprzedawcy rozumiejący klienta czasami starego, czasami chorego. Nie są to sklepy jednak dla wszystkich.
Poniżej propozycja Gazety Wyborczej literatury XX wieku, którą warto przeczytać. Jak powstała i dlaczego nie jest istotne. Ważne jest to, że są to dzieła wyjątkowe. Oczywiście lista ta powinna być o wiele dłuższa, dlatego w serwisie znajdziesz inne propozycje.
Polecam wszystkie.
1. Imię róży (Eco Umberto) (tom: 1)Lolita (Nabokov Vladimir (pseud. Sirin W.)) (tom: 2)
2. Na Zachodzie bez zmian (Remarque Erich Maria (właśc. Remark Erich Paul)) (tom: 3)
3. Mistrz i Małgorzata (Bułhakow Michaił (Bułhakow Michał)) (tom: 4)
4. Sztukmistrz z Lublina (Singer Isaac Bashevis) (tom: 5)
5. Blaszany bębenek (Grass Günter) (tom: 6)
6. Pożegnanie z Afryką (Blixen Karen (pseud. Dinesen Isak lub Andrézel Pierre)) (tom: 7)
7. Tortilla Flat (Steinbeck John) (tom: 8)
8. Dziesięciu Murzynków (Christie Agatha (pseud. Westmacott Mary)) (tom: 9)
9. Ja, Klaudiusz (Graves Robert) (tom: 10)
10. Działa Nawarony (MacLean Alistair (pseud. Stuart Ian)) (tom: 11)
11. W stronę Swanna (Proust Marcel) (tom: 12)
12. Śniadanie u Tiffany’ego (Capote Truman (właśc. Streckfus Persons Truman)) (tom: 13)
13. Kocia kołyska (Vonnegut Kurt (Vonnegut Kurt Jr)) (tom: 14)
14. Gra w klasy (Cortázar Julio) (tom: 15)
15. Zniewolony umysł (Miłosz Czesław) (tom: 16)
16. Dżuma (Camus Albert) (tom: 17)
17. Miasto i psy (Vargas Llosa Mario) (tom: 18)
18. Rok 1984 (Orwell George (właśc. Blair Eric Arthur)) (tom: 19)
19. Kroniki marsjańskie (Bradbury Ray (Bradbury Raymond Douglas)) (tom: 20)
20. Opowiadania (Iwaszkiewicz Jarosław (pseud. Eleuter)) (tom: 21)
21. Absalomie, Absalomie… (Faulkner William) (tom: 22)
22. Proces (Kafka Franz) (tom: 23)
23. Sedno sprawy (Greene Graham) (tom: 24)
24. Cesarz (Kapuściński Ryszard) (tom: 25)
25. Obietnica poranka (Gary Romain (właśc. Kacew Roman, pseud. Ajar Émile)) (tom: 26)
26. Pociągi pod specjalnym nadzorem (Hrabal Bohumil) (tom: 27)
27. Postrzyżyny (Hrabal Bohumil) (tom: 27)
28. Oddział chorych na raka (Sołżenicyn Aleksander) (tom: 28)
29. Władca much (Golding William) (tom: 29)
30. Sto lat samotności (García Márquez Gabriel) (tom: 30)
31. Solaris (Lem Stanisław) (tom: 31)
32. Żart (Kundera Milan) (tom: 32)
33. Utracona cześć Katarzyny Blum albo Jak powstaje przemoc i do czego może doprowadzić (Böll Heinrich) (tom: 33)
34. Mała apokalipsa (Konwicki Tadeusz) (tom: 34)
35. Stąd do wieczności (Jones James) (tom: 35)
36. Tajny agent (Conrad Joseph (Conrad-Korzeniowski Joseph; właśc. Korzeniowski Józef Teodor Konrad)) (tom: 36)
37. Ojciec chrzestny (Puzo Mario) (tom: 37)
38. Trans-Atlantyk (Gombrowicz Witold) (tom: 38)
39. Paragraf 22 (Heller Joseph) (tom: 39)
40. Wilk stepowy (Hesse Hermann) (tom: 40)
Poniżej propozycja Gazety Wyborczej literatury XIX wieku, którą warto przeczytać. Jak powstała i dlaczego? Jak zawsze w takich zestawieniach jest to wybór subiektywny, ale tylko spośród tych książek, które zrobiły wrażenie na milionach czytelników na całym świecie.
1. Katedra Marii Panny w Paryżu (Hugo Victor (Hugo Wiktor)) (tom: 1)
2. Zbrodnia i kara (Dostojewski Fiodor (Dostojewski Teodor)) (tom: 2)
3. Wehikuł czasu (Wells Herbert George (Wells H. G.)) (tom: 3)
4. Germinal (Zola Émile) (tom: 4)
5. Ziemia obiecana (Reymont Władysław (Reymont Władysław Stanisław; właśc. Rejment Stanisław Władysław)) (tom: 5)
6. Spowiedź szaleńca (Strindberg August) (tom: 6)
7. Stracone złudzenia (Balzac Honoré de (Balzac Honoriusz)) (tom: 7)
8. Bohater naszych czasów (Lermontow Michaił) (tom: 8)
9. 20 000 mil podmorskiej żeglugi (Verne Jules (Verne Juliusz)) (tom: 9)
10. Walden (Thoreau Henry David) (tom: 10)
11. Opowiadania [Mediaset] (Poe Edgar Allan) (tom: 11)
12. Portret damy (James Henry) (tom: 12)
13. Wichrowe Wzgórza (Brontë Emily Jane (pseud. Bell Ellis)) (tom: 13)
14. Rękopis znaleziony w Saragossie (Potocki Jan) (tom: 14) link do recenzji
15. Moby Dick czyli Biały Wieloryb (Melville Herman) (tom: 15)
16. Dr Jekyll i pan Hyde i inne opowiadania (Stevenson Robert Louis) (tom: 16)
17. Quo vadis (Sienkiewicz Henryk (1846-1916)) (tom: 17)
18. Portret Doriana Graya (Wilde Oscar) (tom: 18)
19. Tako rzecze Zaratustra: Książka dla wszystkich i dla nikogo (Nietzsche Friedrich (Nietzsche Fryderyk)) (tom: 19)
20. Klub Pickwicka (Dickens Charles (Dickens Karol)) (tom: 20)
21. Frankenstein (Shelley Mary Wollstonecraft) (tom: 21)
22. Lalka (Prus Bolesław (właśc. Głowacki Aleksander)) (tom: 22)
23. Waverley czyli Sześćdziesiąt lat temu (Scott Walter) (tom: 23)
24. Diable eliksiry (Hoffmann Ernst Theodor Amadeus) (tom: 24)
25. Czerwone i czarne (Stendhal (właśc. Beyle Marie-Henri)) (tom: 25)
26. Pan Tadeusz (Mickiewicz Adam) (tom: 26)
27. Trzej muszkieterowie (Dumas Aleksander (ojciec; Dumas Alexandre)) (tom: 27)
28. Baśnie (Andersen Hans Christian) (tom: 30)
29. Anna Karenina (Tołstoj Lew (Tołstoj Leon)) (tom: 28-29)
Malik
Malik
(z opowiadania mojego ojca Remigiusza Cichockiego)
Pasłęk, lata 50 XX wieku to w mieszkańcach Pasłęka ciągle żywe obrazy okrucieństw II wojny światowej, ale też marzenia o lepszym życiu. Wszystkiego brakowało. Bieda była powszechna więc różnice społeczne nie były dostrzegalne. Zakład odlewni żeliwa i metali nieżelaznych „Bumar” w Pasłęku był w tym czasie największym zakładem pracy. Zapotrzebowanie na wszystko było tak duże, że nie nadążano z realizacją zamówień dla gdańskich stoczni i przemysłu zbrojeniowego. Większość dorosłych mieszkańców naszego miasta, z wykształceniem czy bez, pierwsze swoje kroki w poszukiwaniu pracy kierowało do Powiatowej Rady Narodowej lub I sekretarza partii. Ci najczęściej dzwonili do odlewni z nakazem stworzenia kolejnego stanowiska pracy. Zjawisko bezrobocia nie istniało. Po wojsku i zawirowaniach roku ’56, młody, wykształcony członek partii musiał zająć stanowisko nierobotnicze.
„-Skierowali mnie do Odlewni, gdzie z miejsca objąłem funkcję personalnego (dzisiaj: kierownik kadr). W pierwszych dniach pracy do pokoju weszła portierka.
-Panie personalny Malik do pana.
– Niech wejdzie.
Człowiek około czterdziestoletni z czapką w ręku lekko utykając podszedł do biurka.
– Jestem Malik. Przyniosłem zwolnienie lekarskie.
– Pan często choruje, towarzyszu Malik. Czy to jakiś uraz z czasów wojny?
Widząc młodego, 25 letniego personalnego, Malik niepewnie zaczął rozmowę.
-A takie tam dzieje. Jeśli pan personalny chce to zapraszam do siebie po pracy. Żona przygotuje obiad może coś wypijemy. Pan tu nowy, więc opowiem o mieście i ludziach, bo widzi Pan ja jestem tutejszy.
-Może kiedyś. Ale możecie być spokojni. Zwolnienie jest w porządku, a ja nie mam zwyczaju podejrzewać, że oszukują. Teraz wracajcie do pracy.
-To zaproszenie jest aktualne, a teraz dziękuję i do widzenia towarzyszu.
W głosie Malika była nuta zadowolenia i swobody. Zaraz po jego wyjściu sięgnąłem po jego teczkę. Był tam jedynie kwestionariusz, w którym sam pracownik wpisał to co uznał za właściwe. Nie było tego tam wiele: gdzie mieszkał, gdzie pracował, co robił w czasie wojny. Z pochodzenia Niemiec, po szkole średniej pracował na lotnisku. W trakcie lotu kontrolnego samolot, którym leciał z Olsztyna do Mławy uległ w czasie lądowania awarii. W wyniku wypadku znalazł się w szpitalu gdzie miał operację. W czasie wojny pracował i do dzisiaj pracuje w pasłęckiej odlewni. Znał zakład i swoją pracę, więc mimo niemieckiego pochodzenia zostawiono go jako fachowca.
Po pracy wróciłem do pokoju mieszkania należącego do kolegi Purzyckiego.
-Ty znasz tego Niemca Malika? Przyszedł dzisiaj do mnie ze zwolnieniem i zaprosił do siebie na obiad.
-Pewnie coś chce. Możesz posłuchać, ale niczego nie obiecuj. Wiesz, że Niemiec to zawsze Niemiec -doradził kolega księgowy.
Następnego dnia po pracy z teczką pod pachą ledwo wyszedłem za bramę, a już z daleka zobaczyłem Malika czekającego po drzewem.
-To co, zapraszam do nas. Żona czeka z obiadem.
-Ale ja nie wiem czy to wypada.
-Pan jest młody, na stanowisku to nie tylko, że wypada ale i trzeba z załogą się poznać. Zapraszam, nie ma się czego obawiać. Mieszkamy blisko, na rogu Nowotki i Stalingradu, ma Pan blisko domu, więc nawet po kielichu łatwo trafić. Idziemy.
W domu, poniemieckim jakich wiele w mieście, pani Malik na widok gościa od razu pobiegła do kuchni. Wróciła z wazą zupy. Na stole stały już talerze i karafka z kolorową wódką.
-Panowie sobie siadają i jedzą, a ja idę do kuchni pilnować kotletów. Obiad i kieliszek wódki zawsze poprawiają atmosferę.
Przy stole, opowiedziałem o swojej rodzinnej wsi i to jak znalazłem się w Pasłęku. Stały temat powojennych rozmów w papierosowym dymie i oparach wódki. Malik bardziej pytał niż mówił o sobie. Spotkanie przebiegło w miłej atmosferze.
Kolejne dni były typowe – praca i dom. Po miesiącu Malik znów nie był w pracy. Gdy wrócił od razu skierował się do personalnego, czyli do mnie. Przywitaliśmy się jak starzy znajomi. Znów było zaproszenie na obiad, tym razem przyjęte bez żadnego krygowania się. Domowy obiad dla kawalera to wspomnienie rodzinnego domu. Tym razem przy stole było swobodniej. Malik opowiadał o swoim zdrowiu i matce w Niemczech, która ma zakład i pisze, że jest jej ciężko, że bardzo chce jeszcze zobaczyć syna.
– W czym problem? Spytałem.
-Personalny nie wie, że czasy gdy Niemców wysiedlano minęły. Teraz, póki nadaję się do pracy, to muszę pracować. Jak bym dostał zaświadczenie potwierdzone przez 3 lekarzy o utracie 70% zdrowia to mogę starać się o paszport i prawo wyjazdu do Niemiec. Powiem otwarcie, jak mi załatwicie to zaświadczenie to ten dom przepiszę na was.
Oferta była kusząca, ale nie wiedziałem jak się do tego zabrać. Okazja nadarzyła się dopiero 3 miesiące później. Dyrektor wezwał mnie do siebie.
-Mam informację, że załoga jest niezadowolona, bo jeden z pracowników zawsze przed świętami przynosi zwolnienie lekarskie, a oni muszą za niego pracować. Weźmiecie jego zwolnienia i pójdziecie do przychodni. Niech lekarz potwierdzi, czy je wystawił czy też są podrobione. Aha, jeszcze taka uwaga. Tam pracuje jako pielęgniarka siostra tego od zwolnień, więc zróbcie to dyskretnie.
Przychodnia na ulicy Wojska Polskiego to z odlewni zaledwie 5 minut marszu. Dłużej trzeba było czekać w kolejce. W końcu wszedłem do gabinetu.
-Panie doktorze ja przyszedłem służbowo.
Lekarz zwrócił się do pielęgniarki.
-Dobrze, zostawcie nas samych.
-Mam tutaj zwolnienia lekarskie z pana pieczątką i podpisem wystawione dla jednego z naszych pracowników. Jest podejrzenie, że nie koniecznie wystawiał je pan doktor. Może pan rzucić na nie okiem.
Lekarz z ciekawością zaczął je oglądać.
-Nie muszę zaglądać do karty pacjenta by stwierdzić, że te dwa to nie ja wystawiałem.
-Panie doktorze, czy pan się domyśla kto mógł to zrobić?
-Pan wie i ja wiem.
-To zapewne pan sobie zdaje sprawę, że to jest sprawa dla prokuratora. Nam nie wolno pobłażać takim zachowaniom. Nasz dyrektor …
-Panie personalny, nie wystarczy nagana, albo upomnienie? Zapewniam, że to ostatni raz. To będzie kłopot też dla mnie. Pan przymknie oko a ja za to jakoś się odwdzięczę.
-Hm, no jest taka sprawa, ale nie tutaj. Powiedziałem.
-Zapraszam do siebie do mieszkania.
Tego samego dnia skorzystałem z zaproszenia. Był to dom przy szpitalu miejskim, drugie piętro. Mieszkanie było bardzo czyste i zadbane. Na stole wylądowały dwa kieliszki i karafka wódki. Wyższa kultura. Po dwóch kieliszkach atmosfera była na tyle luźna, że postanowiłem przedstawić sprawę, z którą przyszedłem.
-Widzi pan doktorze, mam znajomego, który prosi mnie o pomoc w załatwieniu zaświadczenia lekarskiego. To Niemiec, który chce wyjechać do swojej rodziny.
-Nie on jeden, ale spróbujemy. Trzeba sobie w tych trudnych czasach pomagać.
Dwa dni później poszedłem z Malikiem do przychodni. Lekarz kazał mu się rozebrać. Kręcił nogą w lewą i prawą stronę, zginał w kolanie i w stopie. Kiedy pacjent się ubierał oglądał dokumentację medyczną.
-Trzeba będzie zrobić jeszcze kilka rentgenów. Z nimi wyślę pana do ortopedy. Proszę być dobrej myśli.
Malik dalej działał sam. Przychodził do pracy jak gdyby nigdy nic. Do mnie już nie zachodził.
-I jak tam – zagadnąłem go, gdy przypadkowo spotkaliśmy się „na bramie” zakładu.
-Jeszcze jeden podpis, ale to nie wiadomo kiedy. Ale dziękuję za to co pan zrobił. Myślę że dalej dam radę sam.
Czas mijał. Kiedy zorientowałem się, że od dłuższego czasu nie widziałem go w pracy zagadnąłem jego kolegę.
-Co u Malika? Dawno go nie widziałem.
-Wyjeżdża. Nie wiedział pan?
Zaskoczony poszedłem do warsztatu. Malika nie widzieli tam już ze dwa tygodnie. Sprawdziłem teczkę. Nie było żadnego zwolnienia. Po pracy szybko poszedłem do jego domu na Nowotki. Kiedy zapukałem drzwi otworzyła uśmiechnięta pani Malik.
-Jest mąż?
-Jestem -zawołał Malik. Pakujemy się, bo za dwa dni wyjeżdżamy. Miałem jeszcze pana odwiedzić i podziękować, ale przed wyjazdem jest tyle roboty. Niestety -zakłopotany wzrok uciekł gdzieś w bok- ale postawili mi warunek, że muszę się domu zrzec na państwo. Ale może kiedyś się odwdzięczę inaczej.
-Trudno. Zeszło ze mnie napięcie. Zrobiłem się jakiś obojętny. To już kolejne mieszkanie, które przeszło mi obok nosa. Może miałbym z tym domem tylko kłopoty. Kawalerka przy placu Grunwaldzkim, którą miałem niedługo dostać też będzie czymś czego nigdy nie miałem. Za dużo szczęścia naraz to też niedobrze – pomyślałem.
Kilka miesięcy później najlepszy z pracy kolega Malika przyszedł do mnie do pokoju.
-Malik przysłał list. Prosi abym panu podziękował i jeszcze raz przeprosił za ten dom. Tak naprawdę to był on niemieckim pilotem zestrzelonym w okolicach Mławy. Ranny wrócił do rodziny w Pasłęku. Ukrywał swoją historię bo bał się aresztowania. Napisał też, że jeśli znowu będzie wojna i się spotkacie to pana nie zastrzeli.
Nie wiem co chciał mi przez to powiedzieć, ale byłem tak zły, że sobie ze mnie zadrwił, więc postanowiłem nikomu tej historii nie opowiadać.”
Koniec
Mój ojciec odszedł 23 XII 2020, a z nim wiele takich historii.
Archiwalne zdjęcia Bumaru (powszechnie nazywanego „odlewnią”) pochodzą z serwisu Facebook (konto: „Jestem z Pasłęka„) i są pozyskane z rodzinnego archiwum rodziny byłego dyrektora tego zakładu pana T. Smulskiego.